|
 Opowiadania |
|
|
Pyły Wszechświata IV - Sny pustkowia [cz. 1]
Data publikacji: 31. grudnia 2007 – 03:35 GMT +0100 |
|
—————
OD AUTORA: Tekst ten jest prezentem świątecznym dla Tory–chan. Nie wiedziałem za bardzo co Jej dać, więc stwierdziłem że podaruję Jej coś, co tylko ja mogę – ten tekst, wraz z dedykacją. :–)
—————
Złotowłosa piękność o głębokich, zawsze zamyślonych oczach. Zatrzymana w swoim najpiękniejszym momencie, aż do nieskończoności. Długie włosy opadające frywolnie na ramiona, luźny swetr z wełny i jeansowe spodnie. Okulary w kanciastych oprawkach – zawsze je miała ze sobą, choć z jej wzrokiem nie było aż tak źle. Zresztą, ciemnoniebieskie oprawki okularów zawsze były jej znakiem rozpoznawczym... Ciekawa to rzecz, ludzka pamięć.
Ocknął się z półsnu. Znów o niej. Powiódł mętnymi jeszcze oczyma po ścianach. Delikatne, księżycowe światło pozwalało dostrzec niektóre tylko szczegóły, ale jego oczy przyzwyczajone były już przecież do ciemności. Stawała się powoli jego drugą naturą.
Pomieszczenie było małe. Na ścianach wisiały jeszcze resztki farby. Cisza dźwięczała lekko w uszach, niezmącona odgłosem wiatru. Za nim – jedyne wyjście na zewnątrz, prowadzące w ciemny i jakby nieskończony korytarz. Pozbawiona drzwi framuga rdzewiała żałośnie.
Zebrał swoje pakunki, wstał. Założył na siebie kamizelkę pod którą leżał, przypiął rzeczy do zwisających tu i ówdzie zaczepów, zarzucił na siebie mały plecaczek, i z lekkim westchnieniem uniósł ciężką klapę, kryjącą zejście do kanału. Uderzył go zapach stęchlizny. Zapalił latarkę i, po chwili wahania, skoczył na dół.
Większość przejść była już zapadnięta, ale udało mu się odnaleźć kilka ścieżek, przez które mógł przedostać się na drugą stronę tego sektora. Całe szczęście że odrysował sobie mapę, bo bardzo szybko zgubiłby się w tym cholernym lochu. Ale nawet z mapą trudno było planować drogę – w wielu miejscach natrafił na przeszkody takie, jak choćby zamknięte włazy. Był na to przygotowany – podręczny palniczek pokonał niektóre z tych zatorów, ale pewne miejsca trzeba było po prostu obejść. Z każdą minutą coraz mniej pewny był swojego powodzenia w kolejnym sektorze, gdzie zdany miał być tylko na własne siły – jego mapa nie sięgała tak daleko, a z oryginału pozostały już tylko zwęglone szczątki.
Parł naprzód, klnąc cicho na siebie i na cały świat. Miał na sobie całkiem niezłą warstwę ubrań i szmat, które chroniły go od większości zadrapań, zadraśnięć i zranień – a mimo to już po parudziesięciu minutach musiał zatrzymać się aby odkazić rany. Nawet najdrobniejsza infekcja w tym miejscu oznaczała pewną, powolną i bolesną śmierć. Albo gorzej. Ale o tym nie chciał nawet myśleć.
Po solidnej godzinie zmagań dotarł wreszcie do śluzy blokującej przejście do następnego sektora. Tu kończyła się przydatność jego małej mapki – dalej musiał iść na wyczucie. Sprawę ułatwiały nieco znaki i informacje, które nie wszędzie w pełni uległy niszczącemu działaniu czasu. Musiał poświęcić dłuższą chwilę i sporo skupienia aby być pewnym napisu, ale alternatywa błądzenia w nieskończoność stanowiła dostateczną motywację.
Teraz dopiero odczuł pierwsze, malutkie trzęsienia. Na razie nic poważnego, ale wiadomo było że stara konstrukcja tuneli groziła zawaleniem, w wielu miejscach gotowa natychmiast przykryć żądnego przygód śmiałka kilkoma tonami betonu i piachu. Nie wiedział skąd wzięły się owe trzęsienia – wiedział tylko, że musi się spieszyć.
Odpoczął parę minut i ruszył dalej. Ta część kanałów zbudowana była dość dawno – być może nawet sto lat temu, i nigdy nie modernizowana: śluza mogła być obsługiwana ręcznie. Wymagało to nieco więcej siły niż miał, lecz nadrobił to samozaparciem. Parł naprzód. Po dwóch godzinach był pewien – przynajmniej tak bardzo, jak mógł – że dotarł do właściwego miejsca: częstotliwość niewielkich trzęsień i tąpnięć zwielokrotniała, zasypując mu głowę pyłem i piachem. Podważył klapę odrobinę, rzucił okiem wewnątrz pomieszczenia. Po upewnieniu się że to możliwe, sprawnym ruchem odepchnął blokadę i wciągnął się na powierzchnię.
Było tu zupełnie ciemno. Gdyby nie światło latarki, nie dostrzegłby końca własnego nosa, a nawet rąk. Powiódł wzrokiem po otoczeniu, szukając czegoś. W końcu znalazł – zatrzaśnięte drzwi; chyba znajdował się w jakimś składzie, gdyż innego wyjścia – poza drogą spowrotem do kanału – nie było. Za drzwiami przywitała go dalsza ciemność. Z bliżej nieokreślonego kierunku dobiegł go delikatny szum – na zewnątrz chyba zaczęło padać. Kilka korytarzy dalej dostrzegł światło – delikatne, białe. Nie było to światło księżyca – po bliższej inspekcji okazało się, że część instalacji budynku wciąż funkcjonowała. Uśmiechnął się do siebie. Skoro generatory awaryjne ocalały, szanse na odnalezienie czego szukał znacznie wzrosły. Ruszył dalej, podążając za świetlówkami i symbolami na ścianach, popędzany niebezpiecznym drżeniem ścian.
Labolatorium było niewielkie – jedno z kilku na tym poziomie. Zalane nieco ściemnonym światłem z działających jeszcze świetlówek wyglądało upiornie. Tu i ówdzie widać było w ścianach pęknięcia – stara, solidna budowa przetrwała jednak, w niektórych miejscach widoczne były tylko ślady obsunięć i pęknięć struktury wewnątrz. Gdzie niegdzie wystawały końcówki wygiętych, tytanowych prętów podtrzymujące całą konstrukcję. Przy każdym tąpnięciu z każdego otworu w ścianach i suficie sypał się miał, mieszanka kurzu i gruzu.
Gorączkowo przeszukiwał wszystkie szafki, stoliki i biurka. Co wartościowsze przedmioty wrzucał do plecaka – holodyski, wydruki, fragmenty konstrukcji elektronicznych. Z szafy zabrał całą kolekcję wymienników energii, po szufladach walały się baterie mikrofuzyjne. Po przeszukaniu wszystkich najmniej oczywistych zakamarków skierował swoje kroki do mniejszego pokoju, bezpośrednio połączonego z labolatorium. Delikatnie podważył nożem obudowę panelu identyfikacyjnego, odszukał odpowiedni układ i wyjął go, zastępując jednym ze swojej kieszeni. Umieścił pokrywę na jej miejscu i wstukał kod.
Drzwi rozsunęły się z cichym sykiem. Wszedł do środka, odszukał wzrokiem stalową szafę w której znajdowały się wszystkie prototypy. Zamknięta była na zamek próżniowy – możliwy do oszukania tylko, jeśli miało się właściwe narzędzia. Z jednego z mniejszych pakunków wyjął małe wiertełko i kilka mniejszych urządzeń. Odnalazł klapkę, w której znajdował się elektroniczny mechanizm konsoli dostępu; na jej dolnych rogach wykonał dwa małe otwory. W jeden wsunął malutką kamerkę, w drugi – giętki, metalowy przedmiot. Po dłuższej chwili manipulacji usłyszał delikatny zgrzyt, a po nim – znajomy syk wlatującego powietrza. Zdecydowanym ruchem otworzył szafkę, sięgnął po trzecią kasetkę na półeczce. Otworzył ją, i... zaklął szpetnie. Była pusta.
Mocniejsze trzęsienie dało sygnał do ewakuacji. Być może budynek przetrwa kolejne kilka lat, ale nie chciał ryzykować. W pośpiechu przemierzył kilka korytarzy i schody. Droga na zewnątrz była niewiele łatwiejsza, choć tym razem pasowało mu każde wyjście na powierzchnię. Chętnie przywitał zapach deszczu po następnej, godzinnej dawce adrenaliny w kanałach.
Sprawdził ponownie wszystkie zaczepy i mocowania kamizelki i plecaka, wsunął ręce do kieszeni aby upewnić się o ich zawartości. Cóż – może zawartość pozostałych, metalowych skrzyneczek z szafki będzie dostatecznie cenna. Trzymając się tej nadziei ruszył w drogę powrotną do Bunkra.
———————————————
O tej godzinie w Bunkrze kręciło się tylko parę osób. Ludzie byli na warcie albo gdzieś się szwendali, popijając po kątach. Znakomita większość spała. Adrian nie mógł spać. Przeżył głęboki szok, desperację, w końcu załamanie. Trudno było mu uwierzyć w to, że ludzkość ostatecznie zniszczyła swoją planetę. Cóż – w sumie to nie takie znów dziwne ani nowe – próbowali od zarania dziejów, i w końcu im się udało.
Cóż miał zrobić? Błąkał się po poszarpanej bliznami Ziemi przez kilka ładnych tygodni, zanim zwiadowcy z Bunkra go odnaleźli w ruinach Los Angeles. Było to z grubsza dwa miesiące temu. Wciąż nie mógł dojść do siebie.
Bunkier – 'ostatnia nadzieja cywilizacji'. Teoretycznie, bo nikt tak naprawdę nie wiedział czy gdzieś indziej nie formowały się podobne grupy tych, którzy przetrwali nuklearny holocaust. Stan rezerw paliwa i energii mocno ograniczał zakres poszukiwań; radio działało na bardzo małe odległości, prawdopodobnie ze względu na ciągłą burzę elektryczną gdzieś w średnich warstwach atmosfery. Komunikacja naziemna nie istniała.
Większość ludzi w Bunkrze miała po czterdzieści i pięćdziesiąt lat. Głównie byli to ludzie, którzy mieli po –naście lat kiedy spadły bomby. Pierwsze kilka godzin wojny było istnym piekłem. Co mądrzejsi zbierali wszystko co tylko było wartościowe i uciekali, kryjąc się w mniejszych wsiach i w lasach. Wielu z nich zginęło; ci, co przetrwali twierdzą czasem, że woleli by być w grupie tych pierwszych...
Trudno powiedzieć, kiedy ta mała społeczność się uformowała. W trakcie swoich poszukiwań natrafili na opuszczony bunkier rakietowy. Pierwotnie służył jako tymczasowe schronienie, źródło żywności i medykamentów, ale z czasem napływało coraz więcej grupek ludzi. Po jakimś czasie, uzbrojeni w kombinezony i sprzęt z bazy, sami rozpoczęli aktywne poszukiwania innych ocaleńców. Tak znaleźli i Adriana.
Minęły dwa miesiące, odkąd tu trafił. Dwa miesiące, które zdały się dla niego dwoma długimi latami. Był świadkiem krzątaniny i różnych wydarzeń, ale wciąż jakby działy się... obok, gdzieś z dala; wcale go nie dotyczyły. Żył z dnia na dzień, spał, jadł... Wegetował. Aby przerwać ten łańcuch, dołączył do małego zespołu pseudonaukowego. Niektóre zwiady na tereny miejskie przynosiły ze sobą też stare książki, podręczniki i magazyny popularnonaukowe. Większość tego typu fantów pochodziła z mieszkań, gdyż sklepy zostały prawie doszczętnie zniszczone, a te które ocalały – splądrowane.
Mała grupka ocaleńców, być może myśląc o długoterminowym przetrwaniu, a po trosze po prostu dla zabicia czasu, poświęciła swoje wolne godziny na studiowanie tych książek i podręczników. Z czasem zaczęli wysyłać małe, najwyżej trzyosobowe grupy ludzi na prawie samobójcze misje do miejsc, w których przed Wojną znajdowały się ośrodki badawcze i labolatoria. Większość z nich została zniszczona w czasie ataków, ale niektóre przetrwały. Owoce tych poszukiwań były zazwyczaj mizerne, ale od czasu do czasu trafiła się jakaś dobra książka, czasem generator czy paliwo, rzadko – inne urządzenia, których przeznaczenie nie zawsze było jasne.
Istniało jedno miejsce o specjalnym znaczeniu – Labolatorium Badawcze "WestTek", jedna z mniejszych komórek tego przedwojennego konglomeratu. Zlokalizowane było około pięćdziesięciu kilometrów od Bunkra. Nikomu dotychczas nie udało się dostać do środka – praktycznie cała naziemna część kompleksu została doszczętnie zniszczona. Pośród mieszkańców Bunkra powstał, oczywiście, niepisany ranking śmiałków; niektórym nadawano nawet tytuły za odwagę, zazwyczaj pośmiertnie. Nie przeszkodziło to jednak temu, aby co jakiś czas któryś z zapaleńców, w głębokiej wierze nieopisanych bogactw Labolatorium, wyruszył z Bunkra w poszukiwaniu. Najczęściej własnej zagłady.
Śmiałków nie brakowało.
———————————————
Licznik Geigera tykał po cichu, nieregularnie i powoli. Deszcz przestał padać, choć chmury – jak zawsze zresztą – wisiały złowieszczo na niebie, gotowe zalać niebacznego wędrowca solidną dawką radioaktywności. Richard czuł zmęczenie w każdej swojej kości, w każdym mięśniu. Największym niebezpieczeństwem wyprawy do Labolatorium nie były ani kanały, ani niestabilna struktura budynku. Śmiertelne niebezpieczeństwo czyhało w drodze, w tych pięćdziesięciu kilometrach radioaktywnego pustkowia. Najgorszym problemem była woda pitna – a raczej jej ograniczona ilość. Aby zmieścić się w kanałach pod Labolatorium i móc stamtąd cokolwiek wynieść, śmiałek musiał podróżować lekko. Jedyna woda, jaką można było znaleź na pustkowiu miała postać radioaktywnego lub kwaśnego deszczu, lub równie niebezpiecznych stawów i jezior.
Jakikolwiek kombinezon ochronny nie wchodził w rachubę – sama waga tych urządzeń wykluczała noszenie ciężarów; nie stanowiło to jednak dylematu dla potencjalnego śmiałka – wszystkie kombinezony i skafandry które zachowały się w Bunkrze, wykorzystywane były przez oddziały patrolowe i zwiadowcze. Duże ryzyko związane z podróżą do Labolatorium i związana z nim wysoka śmiertelność ostatecznie wykluczały wykorzystanie cennego wyposażenia Bunkra. Pozostawały więc szmaty nasączone w różnej maści i jakości roztworach gwarantujących choćby minimalną ochronę przed środowiskiem.
Richard był w ciągłej drodze. Co kilka godzin zatrzymywał się na parominutowe postoje, konsultował drogę ze swoją mapą i kompasem, i szedł dalej. Około dziesięciu kilometrów od Labolatorium, nieco obok drogi do Bunkra znajdował się mały domek – w większości drewniany i straszliwie podziurawiony czasem i pogodą. Jego piwnica stanowiła minimalne schronienie na czas krótkiej, niespokojnej drzemki. Pod warunkiem, oczywiście, że nie była zalana. Miał szczęście – tym razem była jeszcze całkiem sucha, chociaż deszcz znów się rozpadał, tym razem na dobre.
Złożył ze sobą kilka warstw desek, prowizorycznie oblekł je w wierzchnią warstwę swojego odzienia i zasnął, snem krótkim i niespokojnym.
———————————————
CDN
|
|
|
|
∞ Komentarze (1)
|
|
|
|
| |
| Najnowsze
|
Fatal fear - addendum [quote 'Fatal fear' excerpt]But I am stuck deeply ...
|
|
|
|