|
 Opowiadania |
|
|
Pyły Wszechświata II - Miasto duchów
Data publikacji: 31. grudnia 2007 – 01:53 GMT +0100 |
|
Co na niego czekało? Nic. Chyba. Nie wiedział. Przechodził przez ulice, pełne pogiętego metalu, szkła i odłamków wszelkiej maści i rodzaju. Czy czas niepokoju już się skończył? Nie. On się dopiero zaczął.
Adrian był wymęczony, mimo iż wcześniej miał okazję się wyspać. Ulice przedstawiały obraz nędzy i rozpaczy – tam, gdzie jeszcze przypominały ulice. Domy były w większości zrównane z ziemią, a te które się utrzymały były w stanie zaawansowanego rozkładu. Licznik Geigera także przypominał o swoim istnieniu. Po dwóch godzinach zwiedzania Adrian wiedział już gdzie spadły bomby atomowe, i których obszarów należy unikać. Wiedział też, że jeśli natychmiast nie znajdzie wody czy czegokolwiek, co mogłoby zapasy wody i jedzenie zregenerować – umrze. Przydatne byłyby także jakieś antyradianty, gdyż otrzymał już sporą dawkę promieniowania tylko poruszając się po mieście.
Po godzinie dosłownie słaniał się już na nogach. Prawda – był niby przygotowany do ekstremalnych sytuacji, ale to była bardzo ekstremalna sytuacja. Bez pożywienia, bez wody ani jakichkolwiek już środków medycznych jego szanse przetrwania w szybkim tempie zbliżały się do zera. Bał się, że jeśli jeszcze pół godziny tak pokrąży, to padnie gdzieś na pysk i już nie wstanie...
Naraz wzrok jego, lekko już przyćmiony, padł na jedną z witryn sklepowych. Wydawała się mało zniszczona, niektóre szyby były całe. Udał się tam więc, w nadziei na znalezienie czegokolwiek jadalnego. Kolejne dwadzieścia minut przeszukiwał wszystkie pomieszczenia, lecz i tu było tak, jak wszędzie indziej – wszystko splądrowane. Nie zostało prawież nic. Wycieńczony i przekonany o zbliżającym się nieuchronnie końcu, opadł gwałtownie na ścianę.
Ku jego olbrzymiemu zdziwieniu, ta ustąpiła, odsłaniając sekretne przejście do cudem ocalałego pomieszczenia. Najprawdopodobniej był to jakiś tajny składzik, bądź pomieszczenie ochrony, którego nikt nie tknął. Adrian pozbierał się z ziemi i szybkim krokiem wmaszerował do wnętrza nowo odkrytego pokoju. Można powiedzieć, że był to jego szczęśliwy dzień: chociaż nie znalazł w sumie nic jadalnego – wszystko miało pewien termin ważności, dawno już nieaktualny – to jednak znalazł coś co mu było natychmiast do szczęścia potrzebne: wodę! Pił dobre dziesięć minut, zanim pozwolił sobie odpocząć i napoić podręczne zapasy. Znalazł także małą apteczkę pierwszej pomocy, a także kilkudniowy zapasik antyradiantów, w tym znanego całemu światu RadAway'a – środka, który natychmiastowo prawie usuwa z organizmu wszelkie niebezpieczne substancje promieniotwórcze. RadAway'ów miał trzy,jeden wykorzystał od razu.
Kiedy tylko poczuł się lepiej, zaryglował przejście od wewnątrz i padł na podłogę. Natychmiast zasnął, i nic mu się nie śniło...
Z krótkiego snu wyrwał go stłumiony wybuch. Nie był specjalnie pewny co się stało, lecz coś w środku mówiło mu aby nie szedł. Mimo to jednak wystawił głowę za okno sklepu – tylko po to, aby natychmiast schować się spowrotem do pomieszczenia. Licznik Geigera oznajmił mu wcześniej, że jest ono bezpieczne, a na horyzoncie właśnie pojawił się grzyb atomowy. Odczekał tak z godzinę, po czym niepewnie wysunął się, opatulony we wszelkie koce i ubrania jakie udało mu się znaleźć. W razie niebezpieczeństwa cofnie się spowrotem, zostawiając pewnikiem już napromieniowane szmaty. W najbliższym sąsiedztwie jednak było spokojnie, można by wręcz powiedzieć, że to co się tu przed niecałą godziną zdarzyło to tylko majak senny.
Licznik radioaktywności upewnił go o bezpośrednim bezpieczeństwie, postanowił więc – trochę na przekór, a trochę logicznie – udać się w kierunku miejsca, w którym najprawdopodobniej nastąpił wybuch. Starał się omijać epicentrum, tak aby zawsze pozostawać w dość bezpiecznej odległości. Było to dośc proste – skafander plus licznik były dość dobrym sposobem na ominięcie bezpośredniego zagrożenia.
Po dotarciu na miejsce, oczywiście w logicznej odległości, rozpoczął ogólny rekonesans. W jego głowie był mętlik. Nie wiedział, co ma myśleć o tym, co dotychczas widział. Wydawałoby się, że Ziemię nawiedził jakiś nuklearny holokaust. Na pewno nuklearny – teraz już był tego zupełnie pewny; wcześniej nie chciał dopuścić tej myśli do siebie. Był jednak w tej komfortowej sytuacji, że jego rodzina dawno już nie żyła – nie miał więc kogo szukać. Z tego zresztą samego powodu postanowił spróbować swoich sił w kosmosie.
Krater był małych rozmiarów – wyglądało to raczej na wybuch testowy lub przypadkowy, jeśli na cokolwiek. Adrian, oczywiście, nie był wybitnym specjalistą w tej sprawie. Wiedział jednak, że nie ma dymu bez ognia. W tym przypadku oznaczało to najprawdopodobniej istoty w jakiś sposób żywe – roboty lub... ludzi.
W odległości około stu metrów od miejsca wybuchu dojrzał Automatycznego Zwiadowcę MK. II, samojezdnego robota na gąsienicach, używanego w klasycznych programach badawczych. Już był pewny, że byli w pobliżu ludzie – takiego robota trzeba było kontrolować z pewnej odległości. Poza tym sam nie potrafił przesłać danych i zanalizować ich. Adrian był dobry w te klocki, a przynajmniej AZ MK. II nie był dla niego niczym nowym. Tyle czasu spędził na rozmaitych zadaniach i ćwiczeniach, że starsza technologia była mu bliższa niż kiedykolwiek. Zwłaszcza teraz.
Sądząc po wielkości kratera, wybuch był naprawdę mały. Ładunek również był zapewne mniejszy, niż się spodziewał. Nie miał już jednak więcej zajęć w tym miejscu, zresztą nie wiedziałby od czego zacząć. Starał się coś wymyślić, lecz żaden pomysł godny rozpatrzenia się nie pojawił. Wrócił więc do swojej kwaterki w sklepie i schował się pod koce i szmaty. Gdzieś spod stołu wykopał jakąś książkę, i chociaż ta rozpadała się po gwaltowniejszym wertowaniu, począł ją czytać. Głód mu wciąż doskwierał, jednak nie aż tak bardzo jak wcześniej – zmusił się do zjedzenia tego, co wydawało się jeszcze jadalne. Zostawił też odrobinę na później, aby oszukać żołądek. Czytał więc, przynajmniej tak długo, aż – niespokojny tym razem – sen zmorzył go ponownie...
Spał dość długo, jak na lekki sen. Wszędzie wokoło panowała cisza, spokój jak przed burzą, lub tuż po. Nie była to żadna nowość, taka atmosfera utrzymywała się praktycznie cały czas. Zero dźwięków, nawet powietrze stało w miejscu. Trudno byłoby otoczenie nazwać pesymistycznym nawet – było po prostu tragicznie. Miało to jednak swoje dobre strony. Mógł się przynajmniej wyspać na tyle, aby po obudzeniu mieć dość dużo siły aby szukać innych miejsc podobnych temu, w którym aktualnie spał. Musiały przecież takie jeszcze być. No i pozostawała jeszcze kwestia tego wybuchu... Jeśli w pobliżu są ludzie, należałoby ich odnaleźć, niezależnie od ich pochodzenia czy poglądów politycznych...
Obudził się około południa. Wyszło na to, że spał jakieś czternaście do szesnastu godzin. Dawno stracił rachubę czasu. Ostatnie kilka dni mocno go wyczerpały, i dość znacznie nadszarpnęły zdrowie. Trzymał się jednak, mając jeszcze nadzieję – zwłaszcza myśląc o zajściu z wybuchem. Po zjedzeniu resztek które mu zostały i poprawieniu ubioru, wyruszył ponownie na poszukiwanie jedzenia, a także oznak jakiegokolwiek życia. Już teraz jego oczy zaczynały zauważać drobne szczegóły, na które wcześniej był ślepy – np. dziury w ścianach i ślady grzebactwa – nieomylny znak obecności drobnych owadów, a może nawet i gryzoni.
Krążył kilka godzin po przylegającej do sklepu dzielnicy – tak, aby w przypadku niebezpieczeństwa móc uciec do schronienia. W końcu jednak zdecydował, że czas zapuścić się głębiej w miasto. Pierwszym priorytetem były dla niego miejsca względnie nietknięte, bądź mało zniszczone. W pierwszej kolejności przeszukiwał sklepy, chociaż zdałoby się to daremne. Znalazł jednak jeszcze kilka ledo przydatnych do spożycia artykułów żywnościowych – pozwoliło mu to trochę pewniej używać sił swojego organizmu. Coraz śmielej już penetrował wnętrza co stabilniejszych budynków, nie wchodził jednak wyżej niż na pierwsze piętro. Prawda – im wyżej, tym większe pradopodobieństwo znalezienia czegokolwiek, jednak byloby to nie tylko ryzykowne, jako że budynki groziły natychmiastowym zawaleniem, lecz również mało rozsądne – nie miał aż tak dużo pożywienia czy sił.
Po jeszcze kilku godzinach zaczęło się na poważnie ściemniać. Adrian zdecydował spędzić noc w jednym z supersamów. Budynek wyglądał w miarę solidnie, właściwie w niewielu miejscach sypał się tynk – a i to rzadko kiedy. Zanim jednak przygotował sobie legowisko, postanowił gruntownie sprawdzić okolice, aby być pewnym że nic tego dnia nie przeoczył, skoro już był w okolicy.
Był to chyba najlepszy pomysł w przeciągu ostatnich kilku dni. Już miał wracać, gdyż przeszukianie okazało się bezowocne, jeśli nie liczyć starego, rozkładającego się batonika. Przecznicę od sklepu znalazł jednak coś, co sprawiło że zapomniał o supersamie, legowisku, nocy czy radioaktywności. Ślady kół! Na dodatek względnie świeże! Mało się zastanawiając, ruszył ich tropem...
Szedł już może z godzinę. Zrobiło się już tak ciemno, że ledwo widział ślady. Uparcie jednak stawiał naprzód nogę za nogą, krok za krokiem – może za następnym wzniesieniem spotka kogoś? Nie zauważył nawet, jak wyszedł na peryferie miasta. Nic w tym dziwnego – nie miał dotychczas szans zapuścić się w nie głęboko, więc krążył po dzielnicach. Oddalił się od swego upatrzonego supersamu na tyle, że głupotą byłoby teraz wracać. Jego jedyna nadzieja leżała w tych śladach, w tym co przed nim. Wiedział, że jeśli nikogo ani niczego nie odnajdzie, może to być jego ostatni spacerek.
Nie dotarło do niego, że zrobiło się cokolwiek jaśniej. Ślady pochłaniały całą jego uwagę. W końcu, zmęczony, usiadł i wyciągnął swój zapas wody. Przytknął manierkę do ust, nie pociągnął jednak ani łyka. To, co zobaczył gdy podniósł głowę, na chwilę ogłuszyło jego umysł.
Siedział kilkadziesiąt metrów od słabo oświetlonego wjazdu na teren bazy wojskowej...
=========
CDN
|
|
|
|
|
|
|
|
| |
| Najnowsze
|
Fatal fear - addendum [quote 'Fatal fear' excerpt]But I am stuck deeply ...
|
|
|
|