|
 Opowiadania |
|
|
Pyły Wszechświata I - Wielki powrót
Data publikacji: 31. grudnia 2007 – 01:52 GMT +0100 |
|
Ciężko było, ale przeżył upadek. Co pozostało z jego kapsuły? Kupa pogiętego metalu. Może wzięliby to na złom, lecz niezbyt się tym teraz przejmował. Najważniejsze było – gdzie zlądował? Na pewno była to Ziemia, ale co dalej? Nie był pewien. Po dłuższej chwili doszedł do siebie. Dwa lata krio–snu to jednak przeżycie, zwłaszcza, że nie miał wcześniej do czynienia z tak starą technologią. Od 2065 roku nie używano jej – napędy nadprzestrzenne były o niebo wydajniejsze.
Adrian przesłużył cztery lata na pokładzie United Nations Vessel (UNV) "Andoria". Cztery lata pełne żmudnej pracy, lata po brzegi wypełnione komputerami, sieciami i systemami ochrony. I nagle – znalazł się tutaj. Nie żeby nic nie wiedział – absolutnie nie. Musiał ewakuować się z pokładu, gdy zostali zaatakowani przez niezidentyfikowanego fightera klasy C. "Andoria", będąc pojazdem typowo badawczym, nie miała szans. Niewielu udało się opuścić pokład cało, jeszcze mniej przedarło się przez siatkę ognia celowanego w kapsuły. W końcu wielu z tych, co przeżyli, podryfowało w bliżej nieokreślonych kierunkach w przestrzeń kosmiczną. On sam, jako jeden z być może trzech lub czterech, trafił na 'okno' w kierunku Ziemi. Miał szczęście, nie wpadł na żaden asteroid ani inną przeszkodę w przestrzeni. Lecz co czekało go tutaj? Nie mieli kontaktu z Ziemią od roku 2077. Teraz, kiedy stąpał znów po latach nieobecności na powierzchni swej rodzimej planety, był drugi sierpnia Roku Pańskiego 2092.
Adrian otrzepał z siebie kurz, zebrał wszystko co przetrwało lądowanie, po czym ruszył w losowo obranym kierunku. Mimo dosyć wczesnej godziny (20:45), wokół było ciemno jak w nocy. "To przez te chmury", pomyślał sobie w duchu. Nigdy zresztą nie pałał zbytnim zamiłowaniem do zajęć pilotażowych zwykłych, jak to mawiał 'przyziemnych' maszyn. Przebrnął przez co miał przebrnąć, indeks zapełnił, i prosto ze szkoły lotniczej udał się na Promenadę–21. Byla to baza szkoleniowa pilotów, w której z byle kadeta robiono wyszkolonego oficera floty kosmicznej. Pech chciał, że w połowie pierwszego roku musiał przerwać szkolenie – wypadek, któremu uległ, sparaliżował lewą połowę jego ciała, od ramienia w dół. Owszem, wszczepiono mu stosowne implanty, lecz nie mógł podjąć dalszych studiów. Poszedł więc na informatykę, gdzie miał cień szansy dostania przydziału 'pojazd kosmiczny' zamiast 'biurko'. Niestety – dostał biurko. Na dodatek oblepione gumami do żucia – widać było, że nie on jeden spośród kadetów żuł gumę.
Po dwóch latach przez jego ręce przeszedł dokument dot. "Andorii". Miał szczęście, załapał się na pokład w charakterze inżyniera informatycznego. A teraz... Teraz stąpał sobie przez podejrzanie wysuszony las, w bliżej nieokreślonym kierunku.
Po upływie circa trzech godzin pseudolasek zaczął się wreszcie przerzedzać. W końcu dotarł na drogę asfaltową, mocno popękaną. Nie była jednak specjalnie szeroka, zapewne więc nieużywana. Kierował się cały czas na prawo od wraku, więc wypadałoby iść dalej tym tropem. Tak myśląc, począł podążać wzdłuż pobocza. Uszedł może z dwadzieścia kilometrów, gdy na horyzoncie dojrzał nieokreślonego kształtu chatkę. Czuł już wzrastające zmęczenie, więc dotarł do niej, i jakiś czas później zmorzył go niespokojny sen.
Obudził się po kilkunastu godzinach, cały obolały. No, cóż – wszak nie sypiał na podłogach "Andorii". Po stwierdzeniu braku pożywienia nadającego się do jedzenia (konserwy, a raczej coś w nich zamykało się tuż po otwarciu, żądając prywatności, a sproszkowane żarcie mu pyskowało) skorzystał z 'przybytku', po czym lokal opuścił. Tym razem na zewnątrz było jaśniej, lecz wciąż ilość światła nie współgrała z godziną (14:17). Nieprzebyte chmury wciąż zalegały niebo, przepuszczając akurat tyle światła, aby Adrian mógł dookreślić drogę, po której się poruszał. Szedł wciąż w tym samym kierunku, bacząc czy aby nie zmierza w jego kierunku jakikolwiek pojazd. Nic takiego jednak na horyzoncie się nie pojawiło, a Adrian wszedł tymczasem w teren najwyraźniej post–agrarny: puste, przeorane pola, stojące samotnie pouszkadzane maszyny rolnicze oraz inne, podobne. Adrian powoli nabrał podejrzeń. Wyjaśnił to sobie jednak w prosty sposób – być może technika zaszła tak daleko, że szary rolnik stał się zbędny? Nie przemyślał jednak sprawy do końca, gdyż w oddali oko jego przyuważyło szczegół typu samochód.
Po dotarciu do obiektu skonstatował, że pojazd ma tyleż samo funkcji, ile jego (niedawno zezłomowana) kabina ratunkowa. Co prawda zachował się, cudem, akumulator, lecz cóż było z nim począć? Nawet radia w pojeździe nie było. Rad nierad, ruszył dalej. Szedł być może pięć, może sześć godzin. Czas mijał wyjątkowo powoli, wręcz paskudnie. Około godzin zmierzchowych (20:11) zrobiło się trochę ciemniej, aby już za chwilę (20:37) było czarno jak dnia poprzedniego. Adrian czuł jednak w sobie siły, więc podążał dalej. Dopiero dziwaczne odgłosy zza kilku wzgórz zmusiły go do poszukiwania miejsca spokojnego noclegu. I tym razem znalazł opustoszałą budowlę. Była to stacja paliw. Klasycznie pusta, lecz wiedział przynajmniej, że znajduje się w USA. Stare postery, datowane wstecz na rok 2084, głosiły nabór do Wojsk Najemnych ("Czy TY zrobiłeś coś dla swego Kraju?" poparte rysunkiem wuja Sama z dymiącą, rozedmaną flagą USA), a także ponowny wzrost cen paliwa. Co ciekawe, ceny były wręcz horrendalne! Adrian nie mógł jednak dłużej kontemplować owych reklam i ulotek – potrzeba schronienia stawała się coraz wyraźniejsza, w miarę jak dziwaczne odgłosy zbliżały się. I tę noc przespał snem niespokojnym, nawiedzany przez koszmary ucieczki ze statku–matki...
Wymęczony koszmarami, wstał dopiero około godziny szesnastej. Krajobraz nie uległ żadnej zmianie, pomijając oświetlenie, które w sumie także od zaobserwowanej normy znacznie nie odbiegało. Było po prostu nieco ciemniej niż miało w zwyczaju o tej porze, i – zdaje się – zbierało się na deszcz. Chąc nie chcąc, należało poszukać jakiejś ochrony przed przewidywaną ulewą. Kończyły się także wyskrobane z kapsuły zapasy wody i pożywienia, więc Adrian postanowił energiczniej rozejrzeć się przynajmniej za opuszczonym hipermarketem. Zdążył go już zaniepokoić fakt absolutnego, nie licząc odgłosów sugerujących raczej rozcinanie żywcem niż istoty ludzkie, wyludnienia obszaru. O ile dotychczas zrzucał to na karby niedokładnego lądowania, zapewne zresztą na obszarze dawno już opuszczonym, o tyle teraz zaczynały pojawiać się pierwsze wątpliwości. Co się stało z ludźmi? "Mówili coś o wojnie, na pewno w jakimś stopniu zmniejszyli populację", myślał, idąc żwawym krokiem przed siebie. W plecaku miał wyskrobane z automatów, nadające się jeszcze do spożycia kawałki żywności pakowanej próżniowo. Wody, jak dotąd, nie zlokalizował. Krajobraz wokół zaczynał przypominać gruntową pustynię – jeśli istnieje coś takiego. Żadnego piachu w oczy, żadnego wiatru – spokój, cisza. "Beznadzieja", szepnął Adrian, "Jak tak dalej pójdzie, zdechnę na tym pustkowiu".
Ucieszył się niezmiernie, gdy w okolicach wieczornych usłyszał lekki pomruk grzmotu. Burza – znaczy woda! Zaczaił się tedy w małej chatce, którą znalazł całkiem niedaleko, i począł przygotowania do zbierania deszczówki. W końcu czegoś go w wojsku nauczyli... Zbierając drewno i kamienie – celem podparcia folii, którą zerwał na stacji paliw i wziął ze sobą – w pewnej odległości ujrzał zgrabnie utrzymywany domek jednorodzinny. Obstawił tedy, dla zabezpieczenia gdyby dom był ponownie pusty i bez wody, folię, i ruszył sprawnie w kierunku jednorodzinki.
Grzmoty dawały się powoli we znaki, burza była o wiele silniejsza niż Adrian z początku przypuszczał. W miarę jak się zbliżała, powoli odczuwał dziwne efekty atmosferyczne. Przyspieszył więc kroku. Do budynku dotarł krótką chwilę przed ulewą. Jak się słusznie domyślał, wody ani kropli nie znalazł. Postanowił więc zignorować bijące praktycznie co chwilę pioruny i wybiec po deszczówkę. Dopiero podręczny licznik geigera, który cudem ocalał z wraku kapsuły, ostrzegł go o prawdziwym niebezpieczeństwie czyhającym w ulewie...
Deszcz lał przez bite dwanaście godzin. Prawie cały ten czas Adrian przesiedział jak na szpilkach, sprawdzając uprzednio skwapliwie każdy odnaleziony w budynku przeciek. Nabił całkiem niezłe statystyki radioaktywności. Liczby wskazywane przez czytnik mroziły krew w żyłach. I pomyśleć, że on chciał tą wodę pić! Cudem uratował skórę, sprawdzając ten budynek – w szopce już dawno otrzymałby śmiertelną dawkę promieniowania. Ostatecznie, z braku jako–takiego zajęcia zajął się liczeniem sprzętów znalezionych w domu. Statystyka końcowa opiewała na pralkę, lodówkę (obie bezużyteczne ze względu na postępującą w tempie nad wyraz szybkim korozję), mikrofalówkę (dawno zdemolowaną), dwa łóżka (jedno się zapadło po dotknięciu, drugiego przezornie nie sprawdził), siedem mebli ( z czego dwa w stanie opałowym, reszta w proszku) oraz niezliczona ilość drzazg i kupek pozostałych po innych sprzętach typu krzesła i stoliki. Jedno krzesło się zachowało, lecz Adrian, nauczny doświadczeniem z łóżkiem, przezornie nie testował jego stabilności. Kiedy się w miarę przejaśniło, znalazł sobie zaciszny kącik w pobliżu drzwi do piwnicy, po czym zapadł w głęboki, powodowany ostatecznym znudzeniem i zmęczeniem, sen.
Obudził się z bólem głowy, lecz i w miarę trzeźwy umysłem. Deszcz, radioaktywny czy nie, wprowadził atmosferę orzeźwienia. Zadecydował jednak o nieopuszczaniu schronienia do czasu znaleznienia chociażby prowizorycznej ochrony przed otoczeniem. Znalazł je też dość szybko, półskafander ochronny leżał, elegancko złożony, w cudem zachowanej szafce piwnicznej. Niestety – i na dole wody nie było. Zakatował wobec tego faktu wszystkie swoje pozostałe zasoby żywności, dopił porcją wody – pozostawiając sobie jej na niepełny dzień drogi. Po ubraniu się w półskafander, w większej części składający się z butów, spodni i lekkiej kamiezelki, wyszedł z budynku.
Z zewnątrz budynek nie sugerował wiele. Z daleka wyglądał o niebo lepiej. Adrian nie tracił czasu na cofanie się po deszczówkę – ta była zupełnie niepitna przez najbliższe dwa tygodnie. Skierował swe kroki po wzgórzu, za którym znalazł małą ulicówkę. Sytuacja zaczęła tworzyć schemat zwany 'Wyludnienie'. Wszystkie siedem domów było puste, ani kropli wody w żadnym z nich. Żadnego żywego stworzenia – tylko pustynia i wpół zawalone budynki. Szedł więc dalej – cóż innego miał czynić?
Szedł może sześć godzin – nie wiedział gdyż nie rzucił okiem na zegarek po obudzeniu. O godzinie dwudziestej pierwszej na horyzoncie zaczęły pojawiać się większe struktury, z dala wygldające na wieżowce. Adrian był już bez wody, gdyż niespodziewanie część musiał wylać celem oczyszczenia butów z radioaktywnego piachu. Nie oczekiwał już niczego wielkiego, lecz nadzieja zapłonęła w nim ponownie, gdy stwierdził że to rzeczywiście wieżowce! Przedmieścia większego miasta! Adrian zerwał się do biegu. Wbiegł na wzgórze, a jego oczom ukazał się sycący obraz: wieżowce, ulice, miasto. Jego oczy nabrały blasku. Jął zbiegać ze wzniesienia. Nie obchodziły go brak wody ani zmęczenie. Musiał dostać się do tego miasta jak najszybciej.
Zamarł w pół kroku. Wieżowce... To już nie były wieżowce. Kupa pogiętego metalu, mnóstwo z dala niedostrzegalnych detali nakładających się na czysty teraz obraz – miasto było zrujnowane. Było ogromną, okloszowaną prawie czarnymi chmurami powierzchnią niczego, zapełnione stalowymi maszkarami. Z tej odległości można było dojrzeć też resztki potłuczonych szyb, poprzewracane budynki, porozrywane samochody i ogólną dewastację.
Adrian dojrzał znak przy drogowskazie. Dojrzał, i upadł na kolana. Ukrył twarz w dłoniach, i zawył z rozpaczy, po czym zalał się łzami. Na znaku widniał napis. A brzmiał on...
"Witaj w Los Angeles!"...
=========
CDN
|
|
|
|
∞ Komentarze (0)
|
|
|
|
| |
| Najnowsze
|
Fatal fear - addendum [quote 'Fatal fear' excerpt]But I am stuck deeply ...
|
|
|
|